
Janusz Kobryner: czeka nas powtórka wzrostu cen z sezonu 2010/2011, tylko w o wiele bardziej ekstremalnej formie. O ile w sezonie 2010/2011 głównymi "winowajcami" występowania wzrostu cen były anomalia pogodowe i klęski nieurodzaju w regionie Europy Wschodniej, następnie części obszarów Ameryki Południowej i Australii, o tyle obecnie do tych realnie mogących wystąpić w ciągu roku zjawisk doszły nowe sytuacje. Proszę zauważyć, że w roku 2010/2011 nie było realnego zagrożenia rozpadu UE. Dziś to zagrożenie istnieje i ma ono bezpośredni wpływ na grożące przeszacowania wartości EURO, przede wszystkim wobec tych państw, które nie wprowadziły wspólnej waluty.
Jest to na pewno czynnik, który warto brać pod uwagę, bo słabsza złotówka będzie z jednej strony napędzała koniunkturę eksportową, bo tym atrakcyjniej cenowo polskie produkty będą postrzegane na rynkach międzynarodowych. Krótko mówiąc-czym słabsza będzie złotówka, tym większy będzie eksport między innymi polskich zbóż, rzepaku oraz wielu innych polskich surowców oraz produktów. Z drugiej jednak strony słabość waluty polskiej odbijać się będzie bardzo negatywnie na kosztach transportu i przetwórstwa dla których kluczowym wydatkiem jest zakup energii, pochodzących z importu.
Drugi czynnik, który będzie wpływał bardzo ekstremalnie na sytuację w rolnictwie, to czynnik pogodowy. Jeśli nastąpi dramatyczne ochłodzenie, bardzo niskie temperatury bez wcześniejszych silnych opadów śniegu, będziemy mieli sytuacje przemrożenia zarówno nasion oleistych, jak i części zbóż ozimych.
Dzisiaj nie możemy przyjmować wariantu pesymistycznego, ale warto byśmy o nim pamiętali i brali go pod uwagę.
Dzisiaj dla mnie wzrost ceny zbóż o 50 proc. nie robiłby żadnego wrażenia. Jeżeli spojrzymy szerzej na gospodarkę światową, to rynek produktów zbożowych jest traktowany nie tylko jako surowiec dla produkcji, ale także jako swoista lokata kapitału oraz produkt, na którym można prowadzić grę spekulacyjną.
zródło: portalspożywczy.pl








